Shqipëria – kraj orłów Drukuj Email
Wpisany przez Dariusz Oracz   
środa, 09 lutego 2011 02:35

 

Niedziela,  godz. 17:50, Ulcinj – wschodni kraniec Montenegro. Na nakrytym lnianym obrusem stole stoi nikśićko, które przypomina mi Durmitor. Nie minęły nawet dwa lata, a zdarzeń pewnie każdemu starczyłoby na osiem. Nostalgia? Czarnogórskie Primorje, wprawdzie przed sezonem, a tętni życiem jak w szczycie kanikuły. Młodzież paraduje po lokalnym bulwarze i jeżdżąc na skuterach zatłacza ulice. Podobno klimat tu już albański. „Pivo dama, bele?” – oferuje pani obok gość w garniturze – szefciu miejscowej tawerny. Stari grad góruje nad mariną, tak jak w Budvie, Kotorze czy Barze. W powietrzu czuć typowy bałkański syfik. Po 48 godzinach jazdy jedno nikśićko potrafiło wprowadzić mnie w błogi stan. Nad stolikiem napis głosi: „zabronjeno puśenje”, a ja odpalam LM-a w miejscu, gdzie zamiast rogów jelenia na ścianie wiszą wysuszone homary. Do Durrës pozostały 4 godziny drogi.

Poniedziałek, godz. 8:55. Zasięgnąłem języka u kierownika stacji benzynowej jak dotrzeć do stacji kolejowej w Durrës. Zanim zdążył wskazać palcem placyk w odległości 40 m, dostrzegłem, że od strony południowej nadjeżdża autobus. Kolorowy bilet za 115 leków [1 euro= 120-122 lek] informował, że uprawnia do przejazdu na dystansie od 1-52 km. Wewnątrz zorientowałem się, że autobus jedzie do Tirany. Fajnie się składa – pomyślałem. Autobus jest atrakcją samą w sobie i na pewno pamięta czasy Envera Hodży. Pięćdziesięciokilkuletni kierowca w ciemnych okularach prowadzi zawadiacko, obok siedzi jego rówieśnik z czarnym wąsem i pełni rolę biletera. Wszystko się zgadza, Albania to kraj mercedesów i bunkrów - dziś tonących w słońcu i wiosennej zieleni.

Kolejne stereotypy padają. Na pierwszy rzut oka dostrzec można, że w ostatnim czasie zaczęło się tu wiele dziać. Buduje się nowe domy, przebudowuje drogi, a hotele przewyższają standardem swoje gwiazdkowe odpowiedniki w Turcji czy Grecji. Bunkry powoli popadają w ruinę. Stacji benzynowych w przeliczeniu na 1 km bieżący dróg jest tu chyba więcej niż w innych znanych mi krajach Europy, przynajmniej przy głównych trasach. Dominuje miejscowa sieć ALPED.
W autobusie siedzi dziesięciu autochtonów. Manewr wyprzedzania należy sygnalizować klaksonem.

W Albanii są problemy z ciepłą wodą. Na prowincji umieszcza się zbiorniki z wodą na dachach budynków gdzie promienie słoneczne nagrzewają je w ciągu dnia.

Nawierzchnia drogi z Durrës do Tirany jak też ze Shkodry do Durrës nie odbiega jakością od przeciętnej drogi w Polsce.

Tirana powitała mnie trzydziestostopniowym upałem. Dworzec autobusowy usytuowany jest ok. 4 km na zachód od centrum. Stolica przypomina miasto południowych Włoch z domieszką klimatu Maghrebu. Wydaje się, że nie obowiązują tu żadne przepisy drogowe. Od kiedy Albańczycy mogli stać się właścicielami prywatnych aut na ulicach jest kurz, zgiełk i wszędzie słychać skowyt klaksonów. Albańczycy trąbią by ostrzec, by wyrazić gniew albo euforię, by pozdrowić znajomego na ulicy lub zupełnie obcą osobę, która wzbudziła ich zainteresowanie czy podziw z jakiegokolwiek powodu. Myślę nawet, że trąbią gdy zaświta im w głowach jakakolwiek, nawet bardzo banalna myśl, np.: „życie jest piękne, bo mam sobie auto, mogę nim jeździć i trąbić do woli, patrzcie i słuchajcie wszyscy”.
Wokół głównej ulicy prowadzącej do centrum zlokalizowano dziesiątki warsztatów samochodowych, mniej lub bardziej profesjonalnych. Bliżej centrum pojawiają się cafe-bary, w których miejscowym zwyczajem przesiadują panowie popijający czarną, słodką kawę z filiżanki wielkości naparstka z obowiązkową przystawką w postaci półlitrowej szklanki wody. Istnieje sporo nowych budynków, stare są odnawiane, te mieszkalne są bardzo kolorowe, posiadają nawet magiczne i tajemnicze wzory np. w postaci…. strzałek. To efekt rządów obecnego burmistrza, podobno plastyka z wykształcenia.

Wszędzie i niepodzielnie króluje birra tirana.
Stołeczne taksówki mają kolor żółty, zupełnie jak w NYC.
Dość rozległy jak na albańskie warunki Plac Skanderberga stanowi centrum miasta. Są na nim m.in.: muzeum historyczne z charakterystyczną socrealistyczną mozaiką na elewacji, budynki rządowe, opera, pomnik Skanderberga (średniowiecznego wybitnego wodza i przywódcy narodu, który z powodzeniem, przez ponad ćwierć wieku opierał się tureckim najazdom) i wielka narodowa flaga po jego prawym boku.

Podchmielony birra tirana siedząc naprzeciwko banku AMERICANE OF SHQIPERISE obserwuję ludzi i ruch uliczny. Na pierwszy rzut oka widać kontrasty społeczne.
Są ludzie w garniturach, są ciemni panowie na motorowerach z ładownią, kloszardzi, starsze panie okutane białymi chustami.
Wycie ulicy przemieszane z szumem po birra tirana daje specyficzny acz pożądany efekt. Czekam na 14:15 na pociąg do Durrës.

Plaża durrëska jest piaszczysta i szeroka. Przed sezonem jest tu pusto. Wokół tradycyjnie sporo śmieci. Piasek jest brudnoszary. 15 km na południe do Durrës wzdłuż plaży ciągną się blokowiska hoteli i pensjonatów, przynajmniej w połowie są to budynki niewykończone. Siedzę obok strefy zamkniętej, która kiedyś była rezydencją pana Hodży. Powoli zbieram się i idę w kierunku Durrës.

W Durrës byłem po powrocie z Tirany. Pociąg HSH (Albańskie Państwowe Linie Kolejowe) nie był tak tragiczny jak się tego spodziewałem – w większości okien były szyby – może nieco ponadtłukiwane. Przedziały niezbyt urocze, ale bez przesady - ujdą. Jadąc rozmawiałem ze studentem z Elbasan. Opowiadał o najnowszej historii Albanii, aktualnej polityce i cenach mieszkań w Tiranie (w centrum ok. 1000 zł/m2). Miał na imię Ali i nie wiedział gdzie leży Polska.
Podpowiedziałem mu, że pomiędzy Niemcami i Rosją. W korytarzu uciąłem sobie pogawędkę z kierownikiem pociągu - człowiekiem otyłym i rubasznym. Przypaliliśmy fajki, po których skończeniu kolejarz, widząc moje zakłopotanie z powodu braku popielnic w wagonie, z uśmiechem polecił spetować je za okno, tj. za dziurę  zamiast okna.

Samo Durrës sprawia wrażenie zatłoczonego. W pobliżu portu znajduje się dworzec autobusowy (nigdzie nie mogłem znaleźć rozkładu jazdy) i są setki agencji turystycznych obsługujących ruch promowy albańskich pracowników najemnych do Włoch i Grecji. Miejski bulwar nadmorski jest miejscem spotkań i spacerów miejscowej ludności. Jest tu wesołe miasteczko, place zabaw dla dzieci, pomnik nieznanego żołnierza, a wszystko przypomina trochę atmosferę z filmów Felliniego. Niedaleko portu polecono mi knajpę, gdzie jak się okazało robią niezłe befsztyki.

Wczoraj zrobiłem objazd wokół Jeziora Ochrydzkiego. W czasie dnia zrobiło się pochmurno i zaczął padać deszcz. Sam Ohrid rozczarował mnie trochę. Wyobrażałem sobie to miejsce jako podobne do mojego ulubionego Котор-u. W starszej części znajduje się kilka domów z typowymi tureckimi wykuszami, położonych na zboczu nad jeziorem. Są to przeważnie nowe budynki. Wszystkie mają charakterystyczne czerwone dachy. W Ohrydzie jest kilka bizantyjskich cerkwi – budowli, w których od dawna mam upodobanie. Ohrid sprawiał wrażenie miejsca osaczonego przez turystów, chociaż to dopiero kwiecień. Struga, która znajduje się w północnej części wybrzeża ochrydzkiego to miasteczko, które można sobie podarować. Natomiast Sv. Naum ze swoim monastyrem i parkiem nad rzeką wpływającą do jeziora sprawia miłe wrażenie. Na obu przejściach granicznych jest raczej pusto, chociaż zasady przekraczania granic pozostawiają wiele do życzenia. Macedończycy na przekór Grekom nadal posługują się swoją starą flagą.

Dzisiaj 13 km na południe od Durrës oglądałem komunistyczne fortyfikacje wykute w skale - opuszczone bunkry, stanowisko dowodzenia i napis nad wejściem: „ZONE E MINUAR” co chyba znaczy „teren zaminowany”.

Idąc plażą od południa nie można dojść do Durrës, gdyż po drodze jest strefa zamknięta gdzie znajduje się port. Ulica równoległa do plaży to Pryruga e Lazhit, która przechodzi w estakady co do których przebiegu nie można się zupełnie zorientować. Cofnąłem się i skręciwszy w pierwszą ulicę w lewo przedzierałem się przez torowiska z dziesiątkami zdezelowanych wagonów by w końcu wyjść na Urap e Dajlanit Stacjoni i Prenit, która doprowadziła bezpośrednio do dworca kolejowego ubezpieczonego bunkrami. Wydaje mi się, że za kilka lat bunkry jako zjawisko najbardziej typowe dla Albanii znikną z powierzchni ziemi.  Już teraz znaczna ich część jest powywracana i zniszczona.

xxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxx


Na stacji nie odmówiłem sobie wątpliwej przyjemności odwiedzenia tamtejszego słynnego szaletu, który jak ktoś kiedyś powiedział, śmiało mógłby ubiegać się o 1 miejsce w kategorii najgorszego kibla świata. Pół godziny potem odwiedziłem nowoczesne WC w centrum handlowym Blue Star. Szokujące zestawienie. Albania to naprawdę kraj ogromnych kontrastów. Począwszy od samochodów a na kiblach skończywszy.

Idąc od Torry Anastas Dursaku w górę można dojść do Villa Ezogut, gdzie rozciąga się wspaniała panorama na port i zatokę, szczególnie piękna o zachodzie słońca.

xxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxx

Przy porcie spotkałem Cimiego i taksówką za 1000 leków dotarłem do Xi Xa.1 Maja w Albanii jest świętem. O 7:25 przy stacji benzynowej naprzeciw Xi Xa zapytałem przechodnia o przystanek w kierunku Lushnje i Beratu. Wskazał palcem na odległość 20 m i w tym momencie nadjechał autobus z tabliczką Berat. 

Znakomita komunikacja, po raz kolejny taki fuks. Do Beratu dojechałem w 1,5 godziny. Oba zbocza doliny po której płynie Osum zabudowane są kaskadowo starymi domami z charakterystycznymi rdzawymi dachówkami, do których prowadzą wąskie kamienne uliczki, miejscami dosyć strome i wybielane po brzegach. Z murów zwisają pędy winorośli – o tej porze soczyście zielone. Na szczycie góry - otoczona murami – znajduje się trzecia osada. Panorama wokół jest przepyszna: stary i nowy Berat, rzeka z kamiennym tureckim mostem Mesi z XVIII w., zaśnieżone szczyty gór Tomorr. Okalający mur ma kilka baszt na planie kwadratu. Na jednym z krańców znajduje się cerkiew. W przeciwieństwie do Ochrydu miejsce to ma swój oryginalny klimat i charakter, tak jak ma go Kotor, Dubrownik czy Wenecja.

xxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxxxx xxxxxxx

W upale majowego dnia można posiedzieć na trawie w cieniu murów lub pobiesiadować przy kaon lub tiranie. W Beracie spędziłem 8 godzin nie nudząc się wcale. Z przystanku z napisem INTERURBAN z rysunkiem autobusu, po 10 minutach oczekiwania zabrał mnie prywatny przewoźnik poruszający się zdezelowanym minibusem.

Powrót do Xi Xa trwał nieco ponad godzinę. Zarówno w komunikacji publicznej jak i prywatnej obowiązuje ta sama taryfa. W przypadku 100 kilometrowego odcinka z Durrës do Beratu jest to 300 leków (ok. 2,5 euro). Po drodze oglądałem zielone pola Niziny Albańskiej, pracujących chłopów, wozy dwukółki ciągnione przez muły i osły (koni jest tu niewiele) i oczywiście bunkry w sadach, na wzgórzach, przed wejściem do domu, w rowie przydrożnym, gdzie tylko popadnie - pojedyncze i całe ich kompleksy i kolonie - w stanie lepszym lub gorszym – przewrócone i pozarastane trawą. Uświadomiłem sobie, że poprzednia epoka, pomimo upływu zaledwie kilkunastu lat jest już odległą historią, tak jak w moim dzieciństwie historią była II wojna światowa. W kontekście obecnego bumu budowlanego w Albanii pomniki z gwiazdą, czerwone sztandary i typowa architektura socrealizmu, choć się zdarzają, mają już charakter reliktowy.

xxxxxxxxxx xxxxxxxx xxxxxxxx

O zachodzie słońca młodzież na plaży toczyła zacięte mecze futbolowe. Piłka co jakiś czas wpadała do wody, a słupki do bramki stanowiły wbite w piach buty jednego z zawodników. Po zachodzie plaża opustoszała, chociaż z kolumn dalej napieprzało albańskie (a może tureckie) disco-polo.

Jakby nie patrzeć najlepszym sposobem przemierzania wzdłuż i wszerz Albanii są furgony. Taki zdezelowany mercedes albo ford transit czeka sobie w określonym miejscu miasta z napisem miejscowości docelowej. Może zatrzymać się w dowolnym punkcie przebiegu trasy. Wszystkie te marszrutki i dolmuse mają z góry określoną taryfę za dany odcinek, która obowiązuje wszystkich kierowców i podróżujących. Machnąwszy ręką przed stacją benzynową EURODRINE dojechałem za 50 leków do Durrës, dalej z Durrës za 150 leków do F.Kruje i z F.Kruje do Kruje za 70 leków - czyli w ciągu dzisiejszego dnia jechałem 6 furgonami. Sama Kruja to średnio interesujące miejsce. Poniżej skalistych zboczy rozciągają się nieciekawe zabudowania. Nad miastem górują ruiny zamku Skanderberga z muzeum jego imienia i innymi mniej znaczącymi atrakcjami.

xxxxxxx xxxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxx

Z góry zamkowej zszedłem zboczem południowo-zachodnim. Na dole odbywał się jakiś jarmark z lokalnymi gadżetami, wśród których można było znaleźć interesujące i oryginalne stare sprzęty – naczynia, stare narzędzia rolnicze i rzemieślnicze czy gramofon, o którym sprzedawca powiedział: „funkcionale” i pokręciwszy korbką zademonstrował fragmenty jakiejś przedwojennej rzewnej włoskiej piosenki. W centrum posiedziałem na ławce przed sklepem, gdzie przez godzinę obserwowałem przechodniów. Po 20 minutowym zjeździe do F.Kruje – mało interesującej prowincjonalnej miejscowości, przysiadłem sobie na tiranie (zresztą każdy mój wyjazd był wielokrotnie pauzowany tiraną, kaon lub korczą , trzema głównymi i całkiem nienajgorszymi albańskimi piwami) i obserwowałem pracę dwóch pucybutów. Jeden siedział przy ulicy, drugi trochę w głębi. Podczas mojej godzinnej nasiadówki ten pierwszy miał 3 klientów, drugi nie miał ani jednego. Ich praca wyzwoliła we mnie jakiś dziwny nastrój i przemyślenia na temat pokory w codziennym życiu niektórych ludzi na tym skonsumeryzowanym łez padole.

xxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxxxxxxx

Po powrocie do Durrës pokręciłem się trochę po mieście, zjadłem paluszki mięsne i wątróbkę zaprawiwszy to wszystko sałatką, grilowaną bułką i flakonem kaon.
Po południu na słonecznej plaży popatrzyłem jeszcze na ludzi i durrëski port w oddali, posłuchałem muzyki na żywo w jednym z hoteli a poprawiwszy to wszystko birra tirana przyszło mi pożegnać się ze Shqipërią – krainą orłów, jak mówią o swojej ojczyźnie sami Albańczycy.